Kuchnia - miejsce spotkań, które łączy pokolenia. Możesz mieć najpiękniejszy salon z jadalnią jaki istnieje na tym boskim świecie, ale herbata nie będzie w nim smakować tak dobrze jak smakuje wypita w kuchni, kiedy każdy zajął swoje ulubione miejsce. Mama zawsze siadała na krześle obok okna i kaloryfera; brat przy wyjściu; Ania zwykle siedziała na podłodze mimo, że były wolne krzesła, siedziała przodem do stołu, oparta o szafki; a ja siedziałam na kuchennym blacie. Takie rozmowy układały się najlepiej i nie miały końca. Przy okazji zwykle robiliśmy frytki, a nawet tony frytek. Żeby każdy zjadł tyle żeby się najeść trzeba było przerobić radlinę pyrów! Ale kuchnia była też miejscem, w którym trzymaliśmy dziwaczne rzeczy.
W naszej kuchni było pięć szuflad. Każda miała swoje przeznaczenie. Pierwsza od góry była tradycyjnie przeznaczona na sztućce. Druga była od większych kuchennych przedmiotów typu tłuczek; większe noże; nożyczki i inne cuda, których za dzieciaka nie używaliśmy. Prawdę mówiąc ja tą szufladę otwierałam tylko przez przypadek bo moim celem zwykle była szuflada numer trzy. Trzecia szuflada skrywała w sobie wszystko: od baterii po naszyjnik zrobiony z zawleczek od puszek po piwie autorstwa naszego brata - prawdziwy rarytas rozchwytywany na wsi. Drugim takim miejscem na wszystko byłą skrytka pod siedzeniami kuchennymi. Wkładając do nich czystą rękę wyciągałeś brudną. Były tam nawet gazety sprzed trzydziestu lat. Czwarta szuflada była typowo polska - szuflada na reklamówki, w których były inne reklamówki, w których były inne reklamówki. Ale napisałam wyżej, że szuflad było pięć - piąta szuflada była nad szafką obok, a dokładniej nad talerzami. I tam był hicior, którego nie rozumiał nikt, łącznie z nami, ale w praktyce sprawdzało się całkowicie - trzymaliśmy w niej skarpety! Kiedy rano szło się po herbatę, można było od razu ubrać skarpetki - mądre i głupie jednocześnie.
W kuchni trzymaliśmy świnki morskie - zamknięte w klatce. Klatka stała na najniższej szafce, obok blatu roboczego. Gdy matka robiła obiad i np. cięła sałatę czy kapustę na surówkę to jednym ruchem mogła dokarmić resztkami świnki morskie. Tak: były grube. W tej samej kuchni mieszkał też pies, który miał na imię Murzyn. O dziwo nie byliśmy rasistami. Pies był czarny i dostał imię Murzyn, choć był wielkości dziecięcego trampka. Jakie było zdziwienie jak mama stawała na ganku i wołała na całą wieś "Murzyn! Murzyn!". Każdy się rozglądał: co za psisko zaraz wyjdzie? A tam nasz mały szczur przebierał nogami, bo wiedział, że zaraz dostanie miskę.
Na górnych szafkach stały ozdobne, małe czajniczki z porcelany, które zresztą do dzisiaj zachowałam i dzisiaj stoją w mojej kuchni. One nie są dziwne, jednak ich zawartość już tak. W środku były zdjęcia do dowodów naszych dziadków i pradziadków; książeczki wojskowe; nasze bransoletki szpitalne - kosmos!
Gdy byłyśmy nastolatkami uzupełniłyśmy kuchnie o dodatkowe elementy. Makijaż nakładałyśmy zawsze w kuchni, przy parapecie. Nigdy nie trzymałyśmy kolorówki w łazience. Mama trzymała nasze kosmetyki w takim wiklinowym koszyku - to też najnormalniejsze nie było. Ale wszystko musiało pasować do wystroju kuchni. Taki mamy klimat.
Ale i jedna półka w lodówce zmieniła swoje wypełnienie. Latem trzymałyśmy tam podkłady, które później nie ważyły się na twarzy; maseczki i kremy, które lepiej wchłaniały się w nasze twarze i niektóre tabletki.
A czy Wy trzymaliście jakieś dziwne rzeczy w swoich kuchniach?
PS. Ale pomimo tych wszystkich udziwnień to była najlepsza i najpiękniejsza kuchnia w jakiejkolwiek byłam i boli mnie, że moja nigdy nie dorówna jej klimatem. I tak jak makijaż nadal robię w kuchni przy oknie, tak już skarpetek i medycznych opasek już w niej nie trzymam. No i szpanerskiego naszyjnika też nie mam. Niestety. To byłby hit w Internetach.
Całuję, Gośka
Komentarze
Prześlij komentarz